sobota, 5 kwietnia 2014

Warzywnik – czyli wspomnienie szczęścia utraconego



Jak byłam mała…to było w innym życiu…często mi się wydaje że dzielą mnie od tego okresu całe morza łez, góry emocji i kręte drogi czasu…niby nie dawno ale jakoś trudno określić kiedy. I w tym czasie przeszłym-dziecinnym uprawiałam z moją Ajką (dla nie zorientowanych Babcią) warzywnik. Tak szczerze to Ajka go uprawiała a ja w tym czasie byłam zafascynowana tym dziełem okrutnie, co jakiś czas robiąc zupki z pączków i inne babki z ziemi a Ajka udawał że je je i jej smakują J Ale to co z tych pączków się wychylało i z tej ziemi rosło było zdecydowanie smaczniejsze. Ale tak naprawdę to „myślę że było” bo nie pamiętam. Jak bym nie liczyła to od tamtych dni szczęśliwych minęło ponad 25 lat albo i więcej…..uuuuaaaa!!!

Taka mała Ania w dużym warzywniku a wraz z nią kabaczki i cukiernie a w tle pory i pomidory ;)



Najpierw warzywnik był bardzo daleko od domu, zlokalizowany na południowym krańcu działki. Jak to się wtedy udawało? Nie wiem, bo od drogi nie było płotu, a wieś była wtedy bardziej swawolna. Ale widać coś z tym miejscem było nie tak, skoro po pewnym czasie zostało porzucone. Ale nim to się stało po kratkach pięły się fasole i groch a o tyczki opierały się pękate czerwone pomidory podwiązywane  starymi dziurawymi rajstopami. Pamiętam też marchewkę, pietruszkę i buraczki, kabaczki i jak widać na zdjęciu pory, o reszcie historia milczy to znaczy moja pamięć.
Potem chyba z racji wieku ogrodniczki głównej i odległości, „pola uprawne” zbliżyły się do domu na odległość kilku kroków. Wtedy też na grządkach zamieszkały truskawki  a potem czarne porzeczki. Ale ziemia wokół domu była bardziej jałowa. Tam gdzie miały rosnąc warzywa kiedyś był sad i zdecydowanie odbijało się to na jakości plonów. Pamiętam też nieustanną walkę z perzem.

Aż któregoś roku coś się zmieniło i nie było już warzywnika, pozostał po nim ślad w postaci rzadkich kępek szczypiorku wyrastającego pomiędzy trawą a nawet jakimś cudem pojawiających się tam znienacka truskawek. Na miejsce zaś powrócił sad. Który rośnie tam tak wolno jakby naprawdę nie chciał i nie mógł…

No i mijały lata, zaczął raczkować ogród ozdoby a mnie korciło by założyć gdzieś warzywnik.  Ale nie ukrywajmy takie miejsce powinno spełniać kilka warunków. Najlepiej być blisko, z dostępem do wody, żyzną ziemią oraz w słonecznym miejscu.
No i tu był i jest problem jak ma być słońce to nie może być blisko, słońce, woda, żyzna ziemia to już za dużo szczęścia na raz.
Ale tak to jest z drobnymi problemami że jak się poczeka to czasem rozwiązują się same….

Na miejscu historycznego warzywnika nr 1 w sąsiedztwie swawolnej wsi, w przeszłości zamierzchłej gromadzona była żyzna ziemia z namiotów foliowych i szklarni które wtedy stały w niedalekiej odległości. Z czasem hałda ta zarosła i zdziczała będące miejscem, z racji swego górzystego pofałdowania, trudnym do ogarnięcia.
Od kilku lat mijałam ją z obrzydzeniem bo jako że nie dało się jej nigdy skosić straszyła z daleka swoim pancerzem z szpikulców suchych badyli. Wydawało mi się że jedynym sposobem jest zawezwać Pana z koparką by wyrównał ten niewdzięczny kawałek. Ale sami wiecie jak to jest…”może jutro”, „nie teraz”, „potem”, „kiedyś” itp. Powtarzające się wielokrotnie w różnych konfiguracjach.
Ale co masz zrobić jutro zrób dziś będziesz miał z głowy… Kiedy przygotowywałam swoje rabaty jednorocznych roślin wpadłam na pomysł by wjechać w górzystą krainę traktorkiem z glebogryzarką.



Daruje Wam szczegóły, mogę jedynie dodać że to nie było takie łatwe i szybkie a już na pewno przyjemne. Po kilku godzinach jeżdżenia w tył i w przód teren był równy. Idea była z początku prosta, wyrównać, ale kiedy już cel został osiągnięty...wyszło na wierzch to co wyjść musiało, czyli ziemia! Za to JAKA!!! Stanęłam na tym polu chwały oraz równości i doznałam olśnienia OTO MÓJ WARZYWNIK!!!  Nie ważne że daleko od domu, daleko od wody, nie w pełnym słońcu ale za to na TAKIM podłożu i w dodatku z historyczną lokalizacją.



Czasem robimy rzeczy małe, codzienne i przyziemne a okazuje się że pozostaje po nich ślad na długie lata. Jak mamy szczęście to historia potoczy się po elipsie i pewne rzeczy wrócą na swoje miejsce o ile ono będzie miało szczęście ostać się w odmęcie wydarzeń. I tak się stało z tym marzeniem o warzywniku. Kiedy tak stanęłam na wykoszonym i równym terenie pomiędzy dwoma starymi jabłoniami z których jedna powalona przez burzę oparła się konarem o grunt tworząc romantyczną ławeczkę odkryłam ze zdziwieniem że duch Ajki ciągle jest tu obecny w opartych o jabłonkę drabinkach od fasoli czy, co najbardziej wzruszające, ciągle leżących na konarze starych nylonowych rajstopach „tych od pomidorów”. One tu wiszą tak niechlujnie porzucone prawdopodobnie ostatnie kilkadziesiąt lat – 30? Może nawet i tyle.



Coś mnie tu przygnało, więc to jednak nie przypadek… a z drugiej strony potrzeba.  Ostatnio jem warzywa w takiej ilości że szkoda byłoby nie skorzystać z własnych, mniej pryskanych…bardziej eko. Cały mój ogród jest nastawiony na naturę więc warzywnik powinien zajmować w nim główne miejsce. Zobaczymy co mi z tego wyjdzie…na razie dla zachęty jest mały ma około 80m2 ale jak ślimaki nie zjedzą mi całej sałaty, a dziki nie przyjdą na dynie i marchewki, to kto wie czy się nie powiększy.

Wstępnie podzielony jest na 4 kwatery i mam ochotę mieć wszystkiego po troszku.
Pojawił się też płotek bo dziki i sarny grasują, choć dla jednych i drugich to raczej śmieszna przeszkoda.






Zasiałam już groszek, szpinak, marchew, pietruszkę, rzodkiewkę i roszponkę, w inspekcie kiełkują sałaty i pomidory oraz burak liściowy…ale są też kolejne plany.




 Jak nie skapituluje to będę donosić świeże wieści z pola, jak sądzę walki. Nie mam doświadczenia w uprawie warzyw, nie będę Wam więc dawać rad są lepsi specjaliści z tego tematu. Będzie mój poligon doświadczalny i próba poszerzania wiedzy. No zobaczymy....







13 komentarzy:

  1. Dobra ziemia to podstawa ,no i zapał a jak widzę jest jedno i drugie więc na pewno będzie dobrze. Ten warzywnik u Ciebie aż się prosił o istnienie. Trochę tylko obawiam się o tę dziczyznę.Byłoby szkoda Twojego wysiłku. Może da się jakoś lepiej zabezpieczyć ten teren. Trzymam kciuki i czekam na dalsze wieści z pola chwały (mam nadzieję ):-).Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie dziki się jeszcze nie włamały, ale prawda jest taka że nie mają do czego. Potem może będą próbować. Nie bardzo mam jak zabezpieczyć się od ich wizyt. One jak będą chciały to i tak wejdą ;) A że warzywnik się prosił, nie da się ukryć prosił się :)

      Usuń
  2. Ty jesteś niezłomna :)
    Komu, jak komu, Tobie n pewno się uda.
    U nas warzywnik nie jest ogrodzony, do tej pory zwierzyna szkód nie zrobiła, no może nasz prywatny zając, ale co tam.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prywatny zając to może robić szkody. Zającom szczególnie z okazji zbliżającej się Wielkanocy można darować wszystko ;)

      Usuń
  3. Tak, historia zatacza koła ;) Ja także powoli zagospodarowuje teren, gdzie mieszkali ponad 40 lat temu moi dziadkowie, a nawet i mama do 4 roku życia. Z każdym rokiem roślin tam przybywa, a i pieniądze się zbiera na wybudowanie tam w swoim czasie własnego domu :) A Twój warzywnik zapowiada się super, powodzenia życzę ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzenia powodzenia się na pewno przydadzą :)
      Fajnie jest wracać do korzeni, fajnie jest też je znać by móc do nich wrócić:)

      Usuń
  4. Po prostu piękna historia. Teren imponujący, warzywnika się nauczysz, za dwa, trzy sezony będzie to Twój gwóźdź programu:) Maszka ma jednak rację - zabezpiecz go lepiej przed dziczyzną:) I ciekawi mnie jak rozwiążesz problem wody.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z wodą sobie jakoś poradzę, mogę tam dociągnąć szlauchem z mojego pojemnika na deszczówkę (to duży pojemnik) choć odległość od niego to 50m to będzie mi woda spływać choć powoli. Mogę sobie też dowozić i postawić tam beczki. Jak będzie mi choć trochę wychodzić to znajdę sposób na ten problemik. :)

      Usuń
  5. Fascynująca opowieść. Gratuluję warzywnika, nie ma to, jak samo zdrowie na talerzu, wiem coś o tym. Moja babcia zaraziła mnie miłością do warzyw, uczyła rozpoznawać zioła, to były cudowne chwile... Pozdrawiam ciepło i życzę powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te babcie to ważne istoty!!! często mają więcej czasu niż mamy i cierpliwości ;)

      Usuń
  6. Opowieścią przypomniałaś mi ogród warzywny mojego Dziadka. Zapach kopru wygrzanego na słońcu, nutą nagietka i powinni sprzedawać w perfumeriach dla ogrodników!

    OdpowiedzUsuń