Ale zaczynając od początku
Kiedy wiosną udało mi się kupić sporo pięknych roślin zrodził się plan by powstało miejsce na przetrzymanie tych wszystkich zieleniątek przez okres niesprzyjającej pogody aż do kolejnej wiosny.
Bo niestety wielki budynek oranżerii jest zimą trudny do ogrzania, więc panuje w nim zima taka jak na zewnątrz.
Niestety była tylko jedna lokalizacja, jaką można było wykorzystać do posadowienia obiektu ze stałą temperaturą ok.10 stopni w zimie. I to wcale nie najlepsza bo wychodząca na zachód.
Jak każdy wie zimą problem braku światła jest dość poważny a łapanie nielicznych promieni słonecznych to wielka sztuka. Na zimowy ogród najlepsza jest wystawa południowa bo znacząco zmniejsza zużycie energii, szczególnie w słoneczne dni. Ale jak się nie ma wyboru, to co zrobić? Nie marudzić i tyle ;)
Z racji rozlicznych zajęć w sezonie prace ruszyły dopiero w sierpniu no i trwały, trwały i trwały. Cała zabawa polegała na tym że oranżeryjka staneła w miejscu starego kurnika. Ten "cudnej urody" budynek powstał wiele lat temu i szpecił, jak tylko można szpecić, swoją okolicę. Nie boję się tym samym stwierdzenia że jego reinkarnacja, jaką jest ogród zimowy, zwany oranżeryjką, to zdecydowanie przyjemniejszy obiekt dla oczu.
Trzeba zaznaczyć że budynek kurnika był reliktem zimnej wojny, czyli miał charakter bunkru przeciwatomowego. W sumie konstruktor miał głowę na karku bo nawet w obliczu kataklizmu jeść coś trzeba, a jajecznica zawsze w cenie. Ale żeby aż tak się "żelbetonować" w kurzym domku, trzeba mieć beton w głowie.
W październiku okna coraz bardziej przypominały okna, a konstrukcja budynek, co nie zmieniało faktu że to ciągle było trochę mało a prace dalej snuły się niespiesznie.
Wiadomo że ręczna robota wymaga czasu i poświęcenia by z kawałka drewna zrobić przedmiot oranżeryjnego pożądania czyli wielkie wysokie okno. Drewno musi być odleżałe, nieposkręcane, a fachowiec kochać to co robi.
Widziałam już światło na końcu długiego tunelu kiedy stało się wielkie bum!!! Pociąg? ależ skąd, mróz!!!
Mam na myśli ostatnie dni października i ten nagły atak zimy....pamiętacie prawda? To jeden z powodów jakie obrzydziły mi ten temat i spowodował że do tej pory nie napisałam ani słowa o swoim wymarzonym zimowym ogrodzie.
No a że los bywa złośliwy, to każdy wie, ale że aż tak? W nocy po opadach śniegu temperatura w okolicach starej oranżerii poszybowała w dół....na dno dnów jak chodzi o wytrzymałość tego budynku....tej jednej nocy było tak zimno. Wiecie ile? -16 stopni Celsjusza. I na tym na razie skończę .......
I nagle się okazało że dach na małej oranżeryjcie można położyć w 4 dni..... te kilka dni za późno.....
Jeśli kogoś dziwią te wstążki, to są one po to by informować ptaki, o tym że odbicie to nie jest przedłużeniem krajobrazu...
Stare drzwi mają to "coś", pewną niepowtarzalność i kunszt wykonania oraz magię światła padające do wnętrza przez krzywe i porysowane szybki. Chropowata odchodząca farba, zardzewiałe zamki, piękne klamki, wytarte progi... Czyli to wszystko co świadczy że przez lata spełniały swoją powinność.
Mówią szukajcie to znajdziecie ...... i mają rację.
Drzwi pochodzą z willi z lat 20... miejsca którego los jest przesądzony a dni policzone i jeśli można coś ratować i dać temu szanse to trzeba to zrobić... Co prawda miały już bliskie spotkanie ze złomiarzami którzy oderwali od nich stare mosiężne szyldy. Ale ostała się jedna klamka!
Postaram się by wisiały tu kolejne 90 lat....
a tym czasem tym którym się udało testują nowe lokum..... chyba im dobrze?