Jak byłam mała…to było w innym życiu…często mi się wydaje że
dzielą mnie od tego okresu całe morza łez, góry emocji i kręte drogi czasu…niby
nie dawno ale jakoś trudno określić kiedy. I w tym czasie przeszłym-dziecinnym
uprawiałam z moją Ajką (dla nie zorientowanych Babcią) warzywnik. Tak szczerze to Ajka go uprawiała a ja w tym
czasie byłam zafascynowana tym dziełem okrutnie, co jakiś czas robiąc zupki z
pączków i inne babki z ziemi a Ajka udawał że je je i jej smakują J Ale to co z tych
pączków się wychylało i z tej ziemi rosło było zdecydowanie smaczniejsze. Ale
tak naprawdę to „myślę że było” bo nie pamiętam. Jak bym nie liczyła to od
tamtych dni szczęśliwych minęło ponad 25 lat albo i więcej…..uuuuaaaa!!!
Taka mała Ania w dużym warzywniku a wraz z nią kabaczki i cukiernie a w tle pory i pomidory ;)
Najpierw warzywnik był bardzo daleko od domu, zlokalizowany
na południowym krańcu działki. Jak to się wtedy udawało? Nie wiem, bo od
drogi nie było płotu, a wieś była wtedy bardziej swawolna. Ale widać coś z tym
miejscem było nie tak, skoro po pewnym czasie zostało porzucone. Ale nim to się
stało po kratkach pięły się fasole i groch a o tyczki opierały się pękate
czerwone pomidory podwiązywane starymi dziurawymi
rajstopami. Pamiętam też marchewkę, pietruszkę i buraczki, kabaczki i jak widać na zdjęciu pory, o reszcie historia
milczy to znaczy moja pamięć.
Potem chyba z racji wieku ogrodniczki głównej i odległości, „pola
uprawne” zbliżyły się do domu na odległość kilku kroków. Wtedy też na grządkach
zamieszkały truskawki a potem czarne
porzeczki. Ale ziemia wokół domu była bardziej jałowa. Tam gdzie miały rosnąc
warzywa kiedyś był sad i zdecydowanie odbijało się to na jakości plonów.
Pamiętam też nieustanną walkę z perzem.
Aż któregoś roku coś się zmieniło i nie było już warzywnika,
pozostał po nim ślad w postaci rzadkich kępek szczypiorku wyrastającego
pomiędzy trawą a nawet jakimś cudem pojawiających się tam znienacka truskawek.
Na miejsce zaś powrócił sad. Który rośnie tam tak wolno jakby naprawdę nie
chciał i nie mógł…
No i mijały lata, zaczął raczkować ogród ozdoby a mnie korciło
by założyć gdzieś warzywnik. Ale nie
ukrywajmy takie miejsce powinno spełniać kilka warunków. Najlepiej być blisko,
z dostępem do wody, żyzną ziemią oraz w słonecznym miejscu.
No i tu był i jest problem jak ma być słońce to nie może być
blisko, słońce, woda, żyzna ziemia to już za dużo szczęścia na raz.
Ale tak to jest z drobnymi problemami że jak się poczeka to
czasem rozwiązują się same….
Na miejscu historycznego warzywnika nr 1 w sąsiedztwie
swawolnej wsi, w przeszłości zamierzchłej gromadzona była żyzna ziemia z
namiotów foliowych i szklarni które wtedy stały w niedalekiej odległości. Z
czasem hałda ta zarosła i zdziczała będące miejscem, z racji swego górzystego pofałdowania,
trudnym do ogarnięcia.
Od kilku lat mijałam ją z obrzydzeniem bo jako że nie dało
się jej nigdy skosić straszyła z daleka swoim pancerzem z szpikulców suchych badyli.
Wydawało mi się że jedynym sposobem jest zawezwać Pana z koparką by wyrównał
ten niewdzięczny kawałek. Ale sami wiecie jak to jest…”może jutro”, „nie teraz”,
„potem”, „kiedyś” itp. Powtarzające się wielokrotnie w różnych konfiguracjach.
Ale co masz zrobić jutro zrób dziś będziesz miał z głowy…
Kiedy przygotowywałam swoje rabaty jednorocznych roślin wpadłam na pomysł by
wjechać w górzystą krainę traktorkiem z glebogryzarką.
Daruje Wam szczegóły, mogę jedynie dodać że to nie było
takie łatwe i szybkie a już na pewno przyjemne. Po kilku godzinach jeżdżenia w
tył i w przód teren był równy. Idea była z początku prosta, wyrównać, ale kiedy
już cel został osiągnięty...wyszło na wierzch to co wyjść musiało, czyli
ziemia! Za to JAKA!!! Stanęłam na tym polu chwały oraz równości i doznałam olśnienia
OTO MÓJ WARZYWNIK!!! Nie ważne że daleko
od domu, daleko od wody, nie w pełnym słońcu ale za to na TAKIM podłożu i w
dodatku z historyczną lokalizacją.
Czasem robimy rzeczy małe, codzienne i przyziemne a okazuje
się że pozostaje po nich ślad na długie lata. Jak mamy szczęście to historia
potoczy się po elipsie i pewne rzeczy wrócą na swoje miejsce o ile ono będzie
miało szczęście ostać się w odmęcie wydarzeń. I tak się stało z tym marzeniem o
warzywniku. Kiedy tak stanęłam na wykoszonym i równym terenie pomiędzy dwoma
starymi jabłoniami z których jedna powalona przez burzę oparła się konarem o
grunt tworząc romantyczną ławeczkę odkryłam ze zdziwieniem że duch Ajki ciągle
jest tu obecny w opartych o jabłonkę drabinkach od fasoli czy, co najbardziej
wzruszające, ciągle leżących na konarze starych nylonowych rajstopach „tych od
pomidorów”. One tu wiszą tak niechlujnie porzucone prawdopodobnie ostatnie
kilkadziesiąt lat – 30? Może nawet i tyle.
Coś mnie tu przygnało, więc to jednak nie przypadek… a z
drugiej strony potrzeba. Ostatnio jem
warzywa w takiej ilości że szkoda byłoby nie skorzystać z własnych, mniej pryskanych…bardziej
eko. Cały mój ogród jest nastawiony na naturę więc warzywnik powinien zajmować
w nim główne miejsce. Zobaczymy co mi z tego wyjdzie…na razie dla zachęty jest
mały ma około 80m2 ale jak ślimaki nie zjedzą mi całej sałaty, a dziki nie
przyjdą na dynie i marchewki, to kto wie czy się nie powiększy.
Wstępnie podzielony jest na 4 kwatery i mam ochotę mieć wszystkiego po troszku.
Pojawił się też płotek bo dziki i sarny grasują, choć dla jednych i drugich to raczej śmieszna przeszkoda.
Zasiałam już groszek, szpinak, marchew, pietruszkę,
rzodkiewkę i roszponkę, w inspekcie kiełkują sałaty i pomidory oraz burak liściowy…ale są też kolejne plany.
Jak nie skapituluje to będę
donosić świeże wieści z pola, jak sądzę walki. Nie mam doświadczenia w uprawie
warzyw, nie będę Wam więc dawać rad są lepsi specjaliści z tego tematu. Będzie
mój poligon doświadczalny i próba poszerzania wiedzy. No zobaczymy....